Tenisowy rekordzista Guinnessa

O niezwykle oryginalnym i szalonym pomyśle przyciągającym uwagę zarówno mainstreamowych mediów, jak i redaktora Marchewki ze świeżo upieczonym rekordzistą Guinnessa – Jędrzejem Myszkowskim.

Jędrzej maraton tenisowy rozpoczął w zeszły piątek (23.03.2018) o godzinie 10:00. Do pobicia rekordu Guinnessa potrzebował rozegrać minimum 37 meczów tenisowych pod rząd. Zadanie zostało wykonane z nawiązką. Polak rozegrał 42 mecze oraz na korcie spędził 45 godzin i 6 minut. Poprzedni rekordzista Mike Mitchell rozegrał 36 spotkań w czasie 34 godzin. Rekord został pobity aż o 6 spotkań tenisowych, a Jędrzej na korcie spędził o ponad 11 godzin więcej.

Redaktor Marchewka (RM): Skąd pomysł na bicie rekordu Guinnessa?

Jędrzej Myszkowski (JM): Pomysł narodził się spontanicznie, podczas zmiany miejsca pracy. Przeprowadziłem się z Leszna do Nowego Sącza. Rekord to odskocznia, chciałem zrobić coś nowego, zrealizować swoje marzenia, a dzięki temu dać się poznać większej liczbie ludzi.

RM: Bijąc rekord zwróciłeś na siebie uwagę całej tenisowej (i pewnie nie tylko tenisowej) Polski. Dowiedzieliśmy się, że jesteś niezwykle zdeterminowany i wytrzymały. Kim jest Jędrzej Myszkowski i co robi na co dzień?

JM: Na co dzień jestem terenem w szkole tenisa Grzegorza Jeża. Prowadzę zajęcia tenisowe i ogólnorozwojowe. Angażuję się również w działania promocyjne, mające przyciągnąć jak najwięcej osób do tenisa. Jako dziecko nie grałem jako zawodnik. Tenisem zainteresowałem się stosunkowo późno, dopiero w wieku 14 lat. Wcześniej trenowałem wyczynowo szermierkę. Po kontuzji kolana przerwałem uprawianie tego sportu. Zobaczyłem Nadala i Woźniacką w telewizji i postanowiłem zająć się ich dyscypliną:)

RM: Ile trwały przygotowania do Twojego wyczynu?

JM: Treningi rozpocząłem na przełomie czerwca i lipca zeszłego roku. Poświęcałem na nie mnóstwo czasu – nawet czternaście godzin tygodniowo. Miały on głównie charakter ogólnorozwojowy – jeździłem rowerem, biegałem po płaskim i po górach, niekiedy po 3 godziny. Odbywałem również treningi siłowe.Przy okazzi chciałem bardzo podziękować trenerowi Wojtkowi Mrozowi – to on czuwał nad przygotowaniami. Zgłoszenie do bicia rekordu wysłaliśmy w październiku. W grudniu dostaliśmy zgodę na podjęcie próby.

RM: Jak wyglądały te długie godziny na korcie?

JM: Mecze rozgrywane były według oficjalnych zasad ITF. Pomiędzy gemami i setami obowiązywały standardowe przerwy. Po każdej godzinie gry przysługiwało mi 5 minut przerwy. Mogłem ten czas kumulować – maksymalnie do 20 minut. Taką też przyjęliśmy taktykę. Co 4 godziny schodziłem z kortu na 20 min. To był czas na większy posiłek, pracę fizjoterapuety, a w późniejszym okresie na skorzystanie z butli tlenowej. Brałem też szybkie zimne kąpiele. Przy zmianie stron po nieparzystych gemach albo po secie jadłem żele energetyczne i batoniki.

RM: Bicie rekordu na pewno musiało odbywać się zgodnie z pewnymi wymaganiami organizacyjnymi?

JM: Zgadza się. Mecz nagrywany był za pomocą 3 niezależnych kamer. Jedna z nich musiała być przez cały czas skierowana na mnie. Czas odmierzały 3 zegary. Od początku do końca musieli towarzyszyć mi przynajmniej dwaj świadkowie. Zarówno oni, jak i oficjalny sędzia zmieniali się co 4 godziny. Między jednym, a drugim meczem nie mogło być więcej przerwy niż 120 sekund. To czas na szybkie wyszczotkowanie kortu przez świadków oraz pamiątkowe zdjęcie. Kolejni zawodnicy musieli wchodzić na kort rozgrzani i gotowi do gry.

RM: Rozegrałeś 42 mecze. Kim byli Twoi przeciwnicy?

JM: Większość przeciwników dobierałem sam. To amatorzy, ale również trenerzy tenisa oraz przedstawiciele sponsorów. Musieli mieć ukończone 16 lat. Początkowo zakładaliśmy, że mecz będzie trwał średnio 1,5 h. W trakcie próby okazało się, że spotkania przeciętnie były krótsze aż o 15 minut. Musieliśmy przez to dobierać dodatkowe osoby. Bardzo dziękuję wszystkim uczestnikom, szczególnie tym, którzy zgodzili się przyjechać na korty o 4 w nocy. Niektóre mecze były stosunkowo krótkie, ale nie brakowało również takich bardzo zaciętych. W sumie rozegrałem aż 7 meczów trzysetowych, w których zdarzały się wymiany po liczące po 15 odbić.

RM: Co było najtrudniejsze w tej próbie?

JM: Dwa tygodnie przed biciem rekordu nabawiłem się kontuzji kolana. Obawiałem się, że może się odnowić w trakcie gry. Okazało się jednak, że kolana spisały się znakomicie. Byłem również świetnie przygotowany wydolnościowo. Czułem, że mógłbym rozegrać jeszcze kilka meczów, gdyby nie ręka. W ostatnich pojedynkach miałem problem z utrzymaniem rakiety.

RM: Ile ważyła Twoja rakieta?

JM: 285 gramów – grałem Yonexem z naciągiem na 24 kg.

RM: Ile spałeś po próbie?

JM: Pierwszy sen był krótki – trwał zaledwie 4 godziny. Po nim wziąłem udział w kolacji z całym sztabem pomagającym mi w przeprowadzeniu próby. Miałem olbrzymi apetyt. Byłem gotowy zjeść wszystko. Nawet parówki z nutellą. Dopiero po kilku godzinach odczułem potrzebę snu. Rozmawiamy w czwartek, kilka dni po zakończeniu bicia rekordu. Do teraz czuję, że organizm jest jeszcze rozregulowany. Mógłbym zasnąć w każdych warunkach.

RM: Wspomniałeś o sztabie. Kto pomagał Tobie w przygotowaniach?

JM: Chciałbym podziękować wszystkim, którzy mnie wspierali. W próbę zaangażowani byli: Karolina Jackowska – Akademia Trenerów Tenisa, Agnieszka Bekier, Agnieszka Plewka, Dawid Popielas, Szymon Ramota, Asia Szczepanik, Kuba Skwarło, Karolina Żywczak, Grzegorz Jeż, Mikołaj, Marta, Kamil Myszkowscy, Gracjana Tokarz, Jakub Tokarz, Piotr Prusak, Mateusz Prusak, Przemek Głowacki. Dziękuję również sponsorom Yonex, Mercedes, Fakro, ViaCon, Nutrend.

RM: Czy masz plany związane z kolejnym wyczynem?

JM: Oczywiście. Interesuje mnie kilka rekordów. Chciałbym zaprosić do Polski Mike’a Mitchell’a i pobić z nim rekord wynoszący około 60 godzin ciągłego grania. Ciekawym rekordem jest też skakanie na skakance przez 34 godziny non stop oraz przebiegnięcie 850 km na bieżni elektrycznej. Marzę o tym żeby zostać najbardziej utytułowanym polskim rekordzistą Guinnessa.

RM: Może połączymy siły i zorganizujemy bicie sportowego dziecięcego rekordu z redaktorem Marchewką?

JM: Jasne! Dlaczego nie?

Zdjęcia: Jędrzej Myszkowski